SPOSNORZY I PARTNERZY KPR PADWA ZAMOŚĆ

SPOSNORZY I PARTNERZY MKS PADWA ZAMOŚĆ

ZADECYDOWAŁA JEDNA BRAMKA

Tak blisko wywiezienia punktów z Białej Podlaskiej Padwa jeszcze nigdy nie była. Po emocjonującej końcówce meczu to gospodarze byli jednak górą, zwyciężając 24:23 (9:10). Żółto-czerwoni spróbują sobie powetować stratę punktów już w najbliższa sobotę (10.12), gdy w hali OSiR o 18.00 zmierzą się z Olimpią Medex Piekary Śląskie.

Padwa weszła w meczu lepiej niż dobrze, po kwadransie prowadząc 5:2. Tak mała liczba trafień to zasługa Mateusza Gawrysia i Wiktora Kwiatkowskiego, którzy odbijali sporo piłek, ale przede wszystkim szczelnej defensywy.

– W tym momencie nie wykorzystaliśmy rzutu karnego, a w kolejnych akcjach dwóch setek – podkreśla II trener Padwy Wiesław Puzia. – Mogliśmy odskoczyć nawet na sześć-siedem bramek, a to już naprawdę duża zaliczka.

Tymczasem grający z determinacją bialczanie ruszyli w pościg i do szatni schodzili, przegrywając jedynie 9:10. Na domiar złego drugą połowę Padwa rozpoczynała w podwójnym osłabieniu. Jak się okazało, w sumie aż 12 minut w drugiej części gry zamościanie musieli grać bez jednego zawodnika. Mimo tego derbowe spotkanie można było wygrać. Losy meczu wahały się bardzo długo, a obie drużyny skuteczne akcje przeplatały z błędami i nerwowością. W takich okolicznościach żadnej z drużyn nie udawało się wypracować większej przewagi. Aż do 55 minuty wynik przez cały czas oscylował wokół remisu. Dopiero wtedy za sprawą Daniela Szendzielorza akademicy odskoczyli na 21:19. Na minutę przed końcem po trafieniach Kacpra Adamczuka i Kacpra Mchawraba z karnego znowu mieliśmy remis (22:22). Nie do zatrzymania był jednak Patryk Niedzielenko, który ze środka pola raził przyjezdnych bardzo skutecznie. Za jego sprawą zespół Marcina Stefańca wyszedł na prowadzenie 23:22, Gabriel Olichwiruk błyskawicznie doprowadził jednak do wyrównania. W ostatniej akcji biało – zielonym pozostały 23 sekundy. Gospodarze grający w przewadze (kara Kacpra Adamczuka) skutecznie rozegrali do prawego skrzydła i na sekundy przed końcem Norbert Maksymczuk pokonał Krzysztofa Kozłowskiego. Warto zwrócić uwagę, że Niedzielenko (8 bramek) i Maksymczuk (7) rzucili dla swego zespołu ponad 60% bramek. W ekipie żółto-czerwonych takich graczy zabrakło, a żaden z graczy Padwy nie trafiał częściej niż trzykrotnie.   

Czy skuteczność była głównym powodem porażki?   

– Zawodnicy na pewno zostawili na boisku serce, walcząc od pierwszej do ostatniej minuty. W kluczowych momentach drugiej połowy, gdy ważyły się losy meczu, dokonywaliśmy jednak złych wyborów. Zabrakło nam wewnętrznej dyscypliny taktycznej. W kilku ważnych akcjach  piłka nie wędrowała tam, gdzie powinna. W efekcie nie skończyliśmy około dwudziestu rzutów. Jak się okazało jeden z nich zaważył, że wracamy bez punktów. Zawodnicy mają tego pełną świadomość i na pewno w sobotę będą chcieli się odkuć – podsumował spotkanie Wiesław Puzia.